31.12.2015

Po-świąteczne ukulturalnianie się

Jak wskazuje tytuł posta, postanowiłam spędzić świąteczną przerwę chociaż troszeczkę kulturalnie (jedzenie sernika jest oczywiście bardzo kulturalne, pieczenie to sztuka, no ale wiecie what I mean). Razem z moją kuzynką, kuzynem i pewną wierną czytelniczką mojego bloga wybraliśmy się do oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie - Kamienicy Szołayskich na wystawę Long Live Art, która składa się z dwóch części: Grafika francuska od impresjonizmu do art nouveau oraz Od Japonii do Europy. Rzeczy piękne i użyteczne. Od razu mówię Wam, że naprawdę warto!

N. taka skupiona
Te koteły mnie zachwyciły


 Obie wystawy powstały ze zbiorów wybitnego polskiego kolekcjonera, Feliksa Jasieńskiego, który w swoim życiu zgromadził ok. 15 tysięcy muzealiów (sztuka polska, zachodnioeuropejska, wschodnia, ludowa). Był także krytykiem sztuki, pianistą, jedną z najbarwniejszych postaci krakowskiego życia kulturalno-artystycznego. Jedna z anegdotek mówi o tym, że na drzwiach swojego mieszkania, w którym zawsze było pełno gości, zawiesił narysowaną dłoń, którą w zastępstwie ręki gospodarza mieli uściskać odwiedzający.

Na wystawie pojawiło się kilka fajnych cytatów:

"...ja osobiście wolę o wiele bardziej szkic od skończonego dzieła. Największą wartość ma dla mnie w dziele osobowość artysty. W szkicu osobowość ta gwałtownie wybucha; natchnienie, talent aż tryskają, artysta tworzy będąc opętany jedyną myślą, myślą tworzenia, utrwalając swe marzenie jak najszybciej."
 Feliks Jasieński i jego "Manggha", Kraków 1992


Jasieński również sporo pisał. Jego eseje i artykuły publikowane były w wielu pismach, m.in. w Chimerze, Wędrowcu czy Miesięczniku Literackim i Artystycznym. Nie tylko kolekcjonował dzieła sztuki, ale też żywo się sztuką interesował i miał ogromną wiedzę w tej dziedzinie. 
"Goya napisał następujące słowa: miałem trzech mistrzów: naturę, Velasqueza i Rembrandta. Prawdę mówiąc Goya jak wszyscy wielcy artyści ( i tak będzie do końca świata) miał tylko jednego mistrza: talent własny. Mistrz ten, wszystkim artystom każe studiować naturę po to, by ją oddawali po swojemu. Takim był, jest i będzie cel sztuki."
Feliks Jasieński, Goya. Urywek z polskiej "mangghi". Z powodu wystawy akwafort [w:] Głos Narodu 1902, nr 256


 
Tacy koneserzy sztuki z nas!

Na wystawach pojawili się impresjoniści, symboliści, postimpresjoniści, moderniści, nabiści - przedstawiciele praktycznie wszystkim nurtów panujących w sztuce od XIX w. Są tam zarówno zachwycające litografie, akwatinty i akwaforty (np. Francisca Goyi), ale też plakaty i perskie dywany (jeśli odwiedzi się obie wystawy). To fascynująca przygoda bo kolejnych stylach sztuki, dodatkowo w bardzo klimatycznych pomieszczeniach Kamienicy Szołayskich. Jedna z najlepszych wizyt w Narodowym, na jakich miałam okazję być. Kolejna - Modna i już!

Po ukulturalnieniu się poszliśmy na Kazimierz do Eszewerii (to jedna z moich ulubionych kawiarni, jest taka artystyczna!). Powstało tam kilka serio fajnych zdjęć (oczywiście równie artystycznych) - niektóre zrobiła moja kuzynka Nicole. Wypiliśmy też gorącą czekoladę, która jest tam wieeelka, gęsta i słodka, z dużą ilością bitej śmietany, ale naprawdę pyszna! 

To robione przeze mnie - mój kuzyn Alex. Idealne na plakat recitalu fortepianowego!

To robiła Nicole, i wygląda jak obraz XD

Nawet ja się tu znalazłam



Dziś Sylwester, więc życzę Wam udanej zabawy albo oglądania telewizji w domowym zaciszu (to było moje zajęcie przez ostatnie 15 lat, w tym roku idę na bibę do kumpla - łał). I oczywiście Szczęśliwego Nowego Roku! Jutro polecam koncert noworoczny z Wiednia, który oglądam co roku, ale zawsze podoba mi się tak samo bardzo.

Do siego roku!

26.12.2015

Rodzinne historie

Święta Bożego Narodzenia to idealny moment na spędzenie czasu z rodziną i opowiedzenie, ewentualnie przypomnienie sobie rodzinnych historii. Nawet nie wiesz, kiedy robi się ta 24:00. Jest w tym wszystkim coś niesamowitego, bo odkrywasz, że nawet Twoja rodzina jest w pewien sposób niezwykła i wyjątkowa. Do takich opowieści - przy ciastkach (sernik!), herbacie, kawie lub gorącej czekoladzie gorąco Was zachęcam - w ten sposób na pewno nie zmarnujecie Świąt, a wzbogacicie się o wspaniałą wiedzę.


Ja najbardziej lubię te historie z czasów II wojny światowej. Moja babcia urodziła się w 1943 roku, więc niewiele pamięta (a dokładniej nic), ale przekazuje nam opowieści usłyszane od swojej mamy. Jedna z nich mówi o tym, że do wsi przyszli Niemcy, którzy szukali mężczyzn. Mój pradziadek schował się w latrynie za stodołą, a prababcia z dziećmi została w domu. Żołnierzy przyszło dwóch, a raczej przyjechało, bo byli na koniach. Zapytali prababcię, czy mąż jest w domu, ale ona odpowiedziała, że nie. Jednak Niemcy nie odeszli. Jeden z nich poszedł szukać pradziadka, a drugi został przed chatą i rzucił swoją czapką na ziemię. Kazał prababci ją podnieść i wyczyścić. Kiedy to zrobiła, rzucił czapką drugi raz, i tak w kółko - babcia podnosiła i czyściła nakrycie głowy, a żołnierz śmiał się i rzucał nią dalej. Prababcia była pewna, że zabije i ją, i dzieci, jednak po jakimś czasie wrócił drugi Niemiec - pradziadka nigdzie nie znalazł - i kazał tamtemu zostawić prababcię. Odjechali i na szczęście wszystko zakończyło się dobrze.

Tych historii jest jeszcze całe mnóstwo. Jak babcia wracała ze szkoły przez las, gdzie chodziła jakaś obłąkana kobieta, przed którą uciekała razem z koleżanką; opowieści mojej mamy z dzieciństwa, jak z kuzynką szulała patykami krowę ich babci (XD), jak robiły kogel-mogel i inne rzeczy. Fajnie tak powspominać. A i własne perypetie się przypomną.


Zachęcam do tego, aby resztę Świąt i ogólnie wolnego czasu spędzić na pogłębianiu relacji z rodziną. Niekoniecznie po raz wtóry oglądając Kevina. Opowieści, oglądanie starych zdjęć, kolędowanie - to są te rzeczy, dzięki którym dzień mija szybko, ale nie bezsensownie. Podarujcie swoim bliskim tę najcenniejszą rzecz - czas - i bądźcie w te świąteczne, grudniowe dni po prostu razem. 

PS: Wielki comeback po 4 miesiącach, he? Nie tłumaczę się szkołą i innymi rzeczami, nie chciało mi się trochę pisać. Znaczy, chciało, ale jak miałam do wyboru iść spać a pisać post, to szłam spać. Logiczne. Ale teraz mam różne pomysły i motywację  (dzięki N.B.), więc powinno być lepiej. 

Już połowa Świąt, ale - wesołych!

14.08.2015

Inspiracje No.1

Czy tylko moje wakacje tak szybko mijają? Dzisiaj wróciłam z rekolekcji, planowałam chwilę odetchnąć i odpocząć, a tu dowiaduję się, że jutro jedziemy do Włoch. Naprawdę, jak kocham podróżować, tak jestem trochę zmęczona tymi wyjazdami i chciałabym pobyć chociaż tydzień w domu. Ale ogólnie nie narzekam, jedynie ta perspektywa pozostałych 2 tygodni wakacji mnie przeraża.

Jako że nie bardzo mam czas na stworzenie jakiegoś dobrego posta (znowu), to zostawię Was z kilkoma miłymi dla oka zdjęciami. Na szczęście po powrocie będę miała dużo różnych zdjęć i wrażeń do opisania, więc wtedy się wykażę. 





 A presto! Ciao!

05.08.2015

Trochę za dużo książek

Pewnie pomyślicie sobie, że jak może być za dużo książek? No, normalnie ja też twierdzę, że nie może być, ale mając przed sobą perspektywę już tylko miesiąca wakacji + 8 książek na magicznej półeczce + 38 lektur w najbliższym roku szkolnym (human V LO Kraków pozdrawia!) + kolejne kilkanaście lektur do olimpiady z języka polskiego, to jednak można czuć się lekko przytłoczonym.
Lekko.
Leciutko.
Minimalnie. 


Ale nie narzekamy! Jak na razie te wakacje mijają mi całkiem ambitnie, nie siedzę całymi dniami przed kompem. Wczoraj wróciłam z obozu harcerskiego, więc nie mogłam pisać, dlatego przepraszam jeszcze za to. W sobotę jadę na rekolekcje teatralne do Bukowiny Tatrzańskiej, a potem może gdzieś z rodzicami, zobaczymy. Smutek tylko dlatego, że nie byłam w żadnym muzeum i nie powłóczyłam się po Krakowie, ale szczerze? To lepiej "smakuje" w roku szkolnym. 


Jednak kontynuując temat książek, to oto te 8 "szczęśliwych", które mam zamiar przeczytać przed 1 września. No, niech będzie. 2 września:
  1. "Pamiętniki" J.Ch. Pasek (nie zaczęłam nawet, tak bardzo nie chcę, tak bardzo lektura...)
  2. "Wicked" G.Maguire
  3. "Harry Potter and the Sorcerer's Stone" J.K. Rowling (ćwiczymy English!)
  4. "Ateizm urojony" S. Zatwardnicki
  5. "Wielki północny ocean. Księga 1: Morze" K.Szelenbaum
  6. "Dzieci z Bullerbyn" A. Lindgren (powrót do dzieciństwa ^^)
  7. "Herbata szczęścia" A.Grzelak
  8. "Kod Leonarda da Vinci" D.Brown
A teraz lista tych, które chcę przeczytać.
Hehe. Żartowałam. To porywanie się z motyką na słońce.

Mniej więcej tak się prezentuje moja sytuacja. Ale czytam, cóż mam robić, to i tak jedno z moich nielicznych pożytecznych zajęć. Za 1,5 miesiąca będę jedynie z nostalgią wspominać ten czas, tak będzie, zobaczycie. Dlatego idę czytać, i czytać, i czytać. Następny post będzie bardziej sensowny. Musicie jednak zrozumieć moją potrzebę wyżalenia się i ponarzekania. Już mi lepiej.

Buziaki!

10.07.2015

Vogue. Za kulisami świata mody

Na pewno większość z Was słyszała o książce, która kilka miesięcy temu stała się naprawdę popularna, czyli o "Vogue. Za kulisami świata mody" autorstwa Kirstie Clements. Na ogól staram się nie być zbyt konformistyczna ( oho! A czyż nie tym jest właśnie czysty konformizm XXI wieku? ), ale jako że moda zdecydowanie znajduje się w działce moich zainteresowań / pasji, oczywiście musiałam poprosić tatusia, aby mi tę książkę sprezentował.




Opinie, co normalne, były różne, choć raczej pozytywne ( przynajmniej te kilka miesięcy temu ). Książką byłam zainteresowana ze względu na tematykę, choć, szczerze mówiąc, o ile opis na okładce jeszcze całkiem zachęcał, tak już opisy na niektórych stronach nie bardzo ( przykład: "Brzydka prawda o modzie. A może zemsta na imperium Ruperta Murdocha?"). No nie wiem, do mnie to nie przemawia. Ale książkę zamówiłam, odebrałam, i - co u mnie częste - odłożyłam na półkę, bo przecież mam na razie tyle innych do czytania.

Wzięłam się za nią dopiero przedwczoraj - i połknęłam w jeden dzień. Naprawdę nie myślałam, że będzie aż tak wciągająca i po prostu ciekawa. Niektóre tematy, o których pisała Clements, nie były najłatwiejsze do przedstawienia w interesującej formie, a jej się to udało! Przy ani jednym, serio ani jednym fragmencie się nie nudziłam, tylko pragnęłam czytać dalej i dalej. O czym jest książka? Krótki opis na okładce jest dość trafny, choć należy dodać, że przede wszystkim jest to opowieść subiektywna, z wieloma fragmentami autobiografii. Autorka opisuje tam, jak trafiła do pracy w australijskim Vogue'u (zaczynała w recepcji!), aby później stać się jego redaktor naczelną. Miała również swój etap w Harper's Bazaar, dużej konkurencji Vogue'a. Dodatkowo wplata różne dygresje i retrospekcje, np. o latach spędzonych w Paryżu i o tym, jak całymi dniami chodziła w różne zakamarki miasta, o tamtejszym nocnym życiu z jej partnerem Mouradem, opowiada także o jej zmieniającym się stylu, kiedy jeszcze była nastolatką, o przeprowadzkach, samodzielnym życiu, muzyce i ludziach, którzy ją inspirowali i kształtowali. Jest tego mnóstwo, a każdy kolejny fragment bardziej porywający od poprzedniego.


Kirstie Clements (pierwsze zdjęcie - na przyjęciu z okazji 50. urodzin "Vogue'a Australia")

 "Echa wielu prezentacji są żywe do dziś, na przykład pokazów Gucciego z czasów, kiedy szał wokół Toma Forda osiągnął apogeum i szczytem marzeń było miejsce w jakimś dobrym punkcie, skąd dawało się dostrzec buty. Nigdy też nie zapomnę kolekcji Johna Galliano dla Diora z 2007 roku (na pokazie haute couture inspirowanym Madame Butterfly miałam łzy w oczach - był czystą maestrią), Alexandra McQueena (zwłaszcza pewnego wieczornego pokazu w przyprawiającym o dreszcz, pełnym cieni paryskim Conciergergie, w towarzystwie krążących po klatkach wilków), żadnego z pokazów Chanel, bo to Chanel, a Chanel to Paryż, fetyszystycznej kolekcji Louisa Vuittona inspirowanej filmem Nocny portier, puryzmu Jil Sander, włoskiej zmysłowości Dolce & Gabbana, globalnego melanżu aluzji u Driesa van Notena, nerwowości Givenchy, ekscentrycznej cukierkowości Marni, perfekcji Yves'a Saint Laurenta i intelektualizmu Prady."

Chyba mój ulubiony fragment tej książki - te wszystkie przymioty danego projektanta czy też domu mody są napisane tak... nie wiem, jak to ująć, po prostu cudownie; dla mnie to jest mistrzostwo. Poniżej kilka zdjęć, abyście mogli zobaczyć, o czym tak z przejęciem pisała Kirstie Clements.


 Stroje Johna Galliano dla Diora w 2007 roku


Haute couture Chanel na jesień/zimę 2014/15 - jak zwykle powalające

Gorąco polecam tę książkę wszystkim - nie tylko pasjonatom mody, bo nawet laik (taki jak ja) może wynieść z tej lektury bardzo dużo. Ogromnym plusem jest właśnie to, że nawet bez większego obeznania w świecie mody, każdy człowiek jest w stanie zrozumieć, o czym pisze autorka. Język utworu jest niesamowicie komunikatywny; czytając, mamy wrażenie, jakby Kirstie osobiście opowiadała nam całą historię. Oprócz tego piękna okładka sama w sobie zachęca do wzięcia tej pozycji do ręki (jedynym jej minusem jest dla mnie zdjęcie, nie lubię widzieć "prawdziwych" ludzi na okładkach - dużo bardziej wolę ilustracje, ale to nie odbiera jej uroku). Podsumowując: zdecydowanie warta przeczytania!

Miłego weekendu!
 
PS: Jeśli ktoś z Was czytał tę książkę i chce się podzielić wrażeniami, to serdecznie zapraszam!

28.06.2015

Pomysły na spędzenie wakacji...

... niekoniecznie z telefonem!

Minął kolejny rok szkolny. Dla mnie był to ostatni rok gimnazjum, tak więc skończyłam gimbazę, witaj V LO i te sprawy. Po raz pierwszy w życiu nie cieszę się z wakacji, w ogóle ich nie czuję, przykro mi, że rozstałam się z moją klasą i szkołą, do której chodziłam przez 9 lat, mam kilka obaw przedlicealnych i tak dalej... Ale to wszystko nie zmienia faktu, że te 2 najbliższe miesiące trzeba wykorzystać jak najlepiej!

Dlatego też w dzisiejszym poście będzie trochę różnych pomysłów na to, jak nie zmarnować wolnego czasu przed ekranem komputera/telewizora/smartfona, tylko zrobić wszystko, aby to był niezapomniany wypoczynek. Do dzieła!

* zrób własne Monopoly - jakie tylko chcesz! Naszykuj potrzebne materiały, zaproś znajomych, uruchom wyobraźnię i stwórz grę, o jakiej zawsze marzyłeś! Naprawdę się da - ja zrobiłam swoje z Harrym Potterem, także potwierdzam, że trzeba tylko chcieć :)

* zacznij robić coś, na co nie miałeś czasu wcześniej - czy to gra na jakimś instrumencie, pisanie bloga czy bieganie - teraz nie ma już wymówek, że nauka i zmęczenie! Zmobilizuj się i zacznij działać.


* zorganizuj ognisko - takie prawdziwe, z kiełbaskami, piankami, gitarą i oczywiście przyjaciółmi 


* zastanawiałeś się kiedyś, jak wyglądają wszystkie te docelowe przystanki autobusów i tramwajów, w których nigdy nie byłeś? Kup bilet i pojedź komunikacją miejską przed siebie, w różne strony, bez konkretnego celu.

* kup te rzeczy, które jadłeś w dzieciństwie - lody Koral, gumę w kształcie kulek (tę kolorową), kolorowe chrupki kukurydziane, oranżadę Hellena, kinder niespodzianki, czekotubki (wprawdzie nowe opakowania nie są już takie fajne, ale zawsze coś), kolorki na jęzorki, marsy i wszystkie inne...!

* pojedź gdzieś na rowerze, tak na cały dzień, i spędź czas na łonie natury

* pojedź do babci na wieś i zbuduj własną farmę z ziemniaków, cegieł, zasiej pszenicę i inne zboża, pomóż przy kurach/krowach/koniach etc., napij się mleka prosto od krowy, może trafisz na dożynki lub jakieś miejscowe święto? 

* wybierz jakieś najfajniejsze zdjęcia i je wywołaj - później można zrobić z nich świetny kolaż na ścianie lub umieścić w albumie, teraz mało kto robi coś takiego, a to naprawdę dużo przyjemniejsze, niż oglądanie ich na ekranie


* pójdź do jakiegoś mało mainstreamowego kina, cukierni, muzeum i odkryj nowe, ciekawe miejsce w Twojej okolicy (zdjęcia jedzenia z Charlotte nie są już zbyt oryginalne!)

* zapisz się na jakiś interesujący kurs - chiński, joga, scrapbooking? Coś się znajdzie!

* zainteresuj się geocachingiem i wkręć w to znajomych! (https://www.geocaching.com)

* odkryj postcrossing! Pocztówki, tak jak i listy, są coraz bardziej zapominane, a to naprawdę świetna zabawa i piękna pamiątka na całe życie (https://www.postcrossing.com/)


* odnów swoje stare rzeczy, jest na to tyle różnych sposobów! Może być decoupage, można na nowo zagospodarować przestrzeń, przerobić nieużywane ciuchy na fajniejsze... takie strony jak Tumblr, Pinterest etc. na pewno pomogą w przypadku braku pomysłów :)

* pojedź gdzieś pociągiem - najlepiej tam, gdzie zawsze chciałeś, ale w roku szkolnym nie było na to czasu. Jazda pociągiem to super sprawa! 


* oglądaj gwiazdy :3

* spędź czas ze znajomymi - tak po prostu. Powłóczcie się gdzieś, obejrzyjcie film, upieczcie ciastka... ważne, żeby pobyć ze sobą i zadbać o relacje z innymi

I najważniejsze:

* uśmiechaj się i ciesz się z tego, że wakacje trwają!


Wiadomo, tych pomysłów może być mnóstwo, o wiele więcej, ale nie chodzi mi o to, żeby napisać wszystkie :) Nawet jeśli nie wyjeżdżacie na Majorkę czy Hawaje, pamiętajcie o tym, że wszystko zależy od Was samych i od tego, jak podejdziecie do całego wakacyjnego zamieszania. Każdy dzień można uczynić wyjątkowym i pełnym przygód, jeśli tylko się tego chce! 

Życzę wszystkim cudownych wakacji! Ja tymczasem postaram się pisać regularnie, bo wiosną szło mi to tragicznie.

10.05.2015

Smokon - konwent fanów fantastyki

 UWAGA! Dużo fantasy, trochę mniej (ale zawsze) sci - fi!

 Dawno mnie tu nie było, ale nie miałam weny do pisania czegokolwiek na blogu, więc uznałam, że poczekam na jakieś ciekawe wydarzenie. No i stało się! Jak to u mnie bywa, stało się bardzo spontanicznie, przez co nie byłam totalnie przygotowana, ale dzięki temu odkryłam kilka świetnych nowych rzeczy, o których troszkę później.
Na Smokon trafiłam dzięki temu, że poszłam oddać książkę do Biblioteki Wojewódzkiej, a plakat bardzo rzucił mi się w oczy... Smokon? Fantasy? To musi być coś super! Nie mogłam przepuścić takiej okazji, zwłaszcza, że niedawno odbył się Pyrkon i bardzo żałuję, iż na nim nie byłam, więc znalazłam chociaż jakąś minialternatywę.


Smokon został zorganizowany w Artetece Małopolskiego Ogrodu Sztuki (naprzeciwko Biblioteki, wejście od ul. Szujskiego). Już przed budynkiem kręcił się Darth Vader i inne postacie ze Star Wars (przepraszam wszystkich fanów za to, że nie znam ich imion, ale akurat sci-fi nie trawię). Było też kilka innych ciekawie przebranych osób, jednak zdjęć dobrych nie mam. Szkoda, że nie słyszałam o Smokonie wcześniej, bo jestem niepełnoletnia, a bez zgody rodziców nie mogłam otrzymać identyfikatora ani brać udziału w konkursach - to taka drobna uwaga co do konwentów chyba ogólnie, więc orientujcie się przed czasem.



 W środku było wiele różnych, naprawdę fajnych atrakcji, podzielonych na 4 bloki: ogólny, serialowy, literacki, RPG. Chyba najbardziej żałuję, że nie mogłam wziąć udziału w konkursie wiedzy o Harry'm Potterze, bo to akurat w 100% moja bajka, ale może uda się następnym razem. Dla fanów Star Wars - konkurs "nie dla nerdów" też był. 
Jedną z lepszych rzeczy była możliwość pogrania sobie w mniej i bardziej fantastyczne planszówki, bo w dobie komputerów sztuka grania w tradycyjne gry zanika (a bardzo szkoda). W innych miejscach można było kupić jakieś dodatki i biżuterię (trochę średniowieczną, tak mnie kusiło...), amulety, pięknie zdobione czary i inne naczynia (których nikt normalny by nie kupił, ale czy fani fantastyki są normalni?), jakieś książki, koszulki z przeróżnych książek i seriali i naprawdę wiele cudownych rzeczy, na które, nawiasem mówiąc, nie miałam pieniędzy. Pech.


 Co więc stamtąd wyniosłam?
  1. Zagłosowałam na kilka książek na Nagrodę im. Janusza A. Zajdla - mam nadzieję, że choć jedna z nich trafi do nominacji!
  2. Dowiedziałam się o Polconie - Ogólnopolskim Konwencie Miłośników Fantastyki, który w tym roku odbywa się w dniach 20 - 23.08. w Poznaniu. No cóż, będę namawiać rodziców, choć wątpię, żeby puścili 16-latkę do Poznania.
  3. Odkryłam Smokopolitan - darmowy magazyn fantastyczny (na internecie), w którym jest mnóstwo świetnych i ciekawych informacji. W obecnym (pierwszym) numerze: niepublikowane dotąd opowiadanie A. Pilipiuka o przygodach Jakuba Wędrowycza, tekst Piotra Cholewy o Terry'm Pratchetcie (nie wiem, czy dobrze odmieniłam w pisowni - wybaczcie), opowiadania debiutantów, tekst "Wyjdź z szuflady" - dla początkujących, nieśmiałych pisarzy i wiele innych! Wchodźcie jak najszybciej.

Smokon zorganizował klub Krakowskie Smoki - spotykają się co tydzień na Rajskiej właśnie, więc pewnie jak znajdę czas, to będę przychodzić na spotkania. Odbywają się tam różne warsztaty, wykłady, prelekcje - myślę, że dla fanów fantastyki naprawdę świetna sprawa.
Podsumowując - mój pierwszy, totalnie spontaniczny konwent, bez żadnego stroju, bez możliwości pełnego uczestnictwa w wydarzeniu - ale co tam! Byłam tam tylko niecałą godzinę (a trwał od 12 - 19), ale serio mi się spodobało i mam nadzieję, że za rok pójdę już jako pełnoprawny uczestnik :D

A tymczasem kończę już i - 
Niech Moc będzie z Wami!
( jak SW nie lubię, tak hasło jest świetne)

02.04.2015

DIY Wielkanocne zajączki

Cześć! Trochę się zaniedbało bloga, ale spróbuję to naprawić (ze szczególnym naciskiem na spróbuję). Zostały jeszcze te 3 dni do Wielkanocy, dlatego mam dla Was propozycję na bardzo urocze i milutkie zajączki hand-made. Na pomysł wykonania wpadła moja mama i z chęcią sama zabrałam się za robienie czegoś takiego.

Potrzebne materiały:
- ściereczki do mycia naczyń w różnych kolorach (ale może być też jakiś inny materiał)
- wata do wypchania
- mulina lub coś mulinopodobne i igła
- takie kulkowe, kolorowe waciki (nie wiem jak to inaczej nazwać) - na ogonki dla zajączków
- i oczywiście ozdoby: jakieś naklejki, można wyciąć coś z filcu, przydadzą się również plastikowe oczka, sznureczki i wstążeczki, czego dusza zapragnie



Sposób wykonania:
Ogólnie jest to bardzo proste. Na ściereczce rysujemy odręcznie (lub odrysowujemy od gotowej formy- co bardzo polecam, można wyciąć jedną i będzie na długo) naszego zajączka - pamiętajcie, że trzeba to zrobić podwójnie. Później zszywamy obie części ze sobą - ja użyłam fastrygi, jednak inne ładne ściegi będą równie dobre (niestety moje umiejętności krawieckie są, łagodnie mówiąc, dość marne). Obszywamy prawie do końca- zostawiamy tylko dziurę na tyle dużą, aby zmieściła nam się wata (musimy wypchać nią całego zajączka). Po wypchaniu zszywamy do końca.
Dalej to już estetyka. Najważniejsze, żeby zrobić zajączkowi buzię, ogon i łapki - reszta wg uznania. Ja dorobiłam mu jeszcze pisankę, dzięki czemu wygląda ładniej. Ale w tej fazie możemy wyżyć się twórczo - wstążki, naklejki, guziki i inne rzeczy jak najbardziej dozwolone!


Tą samą metodą możemy wykonać też inne ozdoby - np. kurczaczki (niestety nie mam zdjęcia, bo pojechały na konkurs mojego brata >ach ta samodzielna praca ośmiolatka...<). Powiem szczerze, że to bardzo fajne zajęcie i chyba zabiorę się za hand-made w wolnych chwilach. Zawsze można podarować komuś coś miłego, coś, w co włożyliśmy trochę własnej pracy i serca :)

Na koniec chciałabym życzyć wszystkim wesołych, zdrowych, radosnych i spokojnych Świąt Wielkanocnych, żeby minęły Wam w miłej, rodzinnej atmosferze, oczywiście smacznego jajka i mokrego dyngusa (patrząc na prognozę pogody, o to ostatnie nie trzeba się martwić)!

Trzymajcie się!

08.03.2015

Styczniowo - lutowe odkrycia

Dawno mnie tu nie było, najpierw zimowisko, teraz jakoś w pierwszym tygodniu po feriach nie było czasu. W dzisiejszym, marcowym (!) już poście będzie kolejna część "odkryć", tym razem ze stycznia i lutego. Nie ma ich bardzo dużo, 6, ale mimo to mam nadzieję, że Was zainteresują i zachęcą do zapoznania się z nimi :)

Muzyka

1. Zaz - jeśli chodzi o muzykę, to Zaz jest w tej edycji "odkryć" jedynym z nich - ale za to jakim! Mimo że jestem fanką raczej cięższych brzmień (thrash i inne odmiany metalu, rock, hard rock), to jednak muzykę francuską od kilku lat uwielbiam. Nie wiem nawet, czemu - po prostu ma w sobie ten klimat paryskich kawiarenek po południu, kiedy człowiek siedzi sobie z głową w chmurach i popija kawę (żeby było śmieszniej, nigdy w Paryżu ani ogólnie we Francji oprócz przejazdu nie byłam). Zaz odkryłam już ponad rok temu, no ale wcześniej o niej nie pisałam, więc piszę teraz. Dla mnie to taka współczesna Edith Piaf. Można słuchać, słuchać, i słuchać, i motywować się coraz bardziej do nauki francuskiego, żeby jak najszybciej zrozumieć teksty tych wspaniałych, magicznych piosenek.


Literatura

1. Szyfr Szekspira - no cóż, jak jest się od 9 ładnych lat stałym bywalcem szkolnej biblioteki, tytuły powoli, ale nieuchronnie się wyczerpują. Jednak zawsze można znaleźć coś, czego się jeszcze nie czytało. I padło na "Szyfr Szekspira". Pani bibliotekarka gorąco mi tę książkę poleciła, no i co miałam do stracenia? Po przeczytaniu blurbu (blurba?) uznałam, że zapowiada się interesująco, i potem nieźle się wciągnęłam. Atuty książki? Przede wszystkim, interesujący temat - szukanie zaginionej sztuki Shakespeare'a, "Cardenio", to wszystko na tle niepewności co do samego istnienia angielskiego dramaturga jako jednej osoby i... kilku morderstw. Lektura edukująca i niesamowicie zachęcająca do sięgnięcia po twórczość Shakespeare'a (czy ktokolwiek te utwory napisał). Niektóre, hmm, "niespodzianki" w utworze niezbyt mi się podobały, może momentami zbyt takie "tandetne", ale ogólnie myślę, że warto przeczytać. Jeśli lubicie klimaty literatura + morderstwo + tajemnica, to będzie idealna.

2. Baśniarz - już sam tytuł mnie zaintrygował. No, tytuł i okładka. "Anna i Abel - historia miłości rozwiewająca wszelkie wątpliwości". Miłości... ale jakiej! Nie, nie przesłodzonego uczucia rodem z typowych książek dla nastolatków. Szczerze mówiąc, miłość jest niby tutaj wątkiem głównym, ale nie rzuca się siłą na pierwszy plan. Jest tylko podstawą do zbudowania reszty powieści. Tajemnice (znowu), zabójstwa (też znowu), wzorowa uczennica poznaje "polskiego handlarza narkotyków" - wydaje się być oklepanym i nudnym połączeniem, ale Antonia Michaelis zaskakuje. Bardzo pozytywnie zresztą.


 Film

1. Love, Rosie - wszyscy się czymś zachwycają? O nie, ja na pewno nie będę - to jest moje najczęstsze podejście do takich spraw. Ale musiałam wymięknąć. Ulec. Po obejrzeniu tego filmu nie mogłam inaczej. Raz, moja ukochana Lily Collins w głównej roli - to już musi być coś! Dwa, im dłużej oglądałam "Love, Rosie", tym bardziej się w tym zadurzałam. Mimo tego, że wiele momentów było smutnych, że w wielu momentach bohaterowie spotykali na swej drodze różne trudności, to jednak wydźwięk całości był tak optymistyczny, tak podnoszący na duchu... I happy end też był happy endem, ale innym trochę niż wszystkie. Może to tylko moje odczucia, nie wiem. Ale zakochałam się w tym filmie, i, kurcze, już nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam książkę!



2. Fight club (Podziemny krąg) - ten film polecił mi przyjaciel i szczerze mówiąc, początkowo nie byłam bardzo entuzjastycznie do niego nastawiona. Historia o podziemnym klubie, w którym goście walczą ze sobą na pięści? Hmm, no nie moje klimaty. Jednak słysząc te opowieści, jak bardzo ten film zmienił jego podejście do życia, uznałam, że muszę to obejrzeć. Nie zawiodłam się. To chyba taki klasyk kinowy, i pod pozornie niezbyt ambitnym tematem ma naprawdę głęboki przekaz. Nie jest łatwy do zrozumienia, to nie polska komedia lecąca na TVP1 w niedzielne popołudnie (nie żebym coś miała do polskich komedii, są całkiem spoko), ale warto zobaczyć. Naprawdę warto. Piszę o nim tak ogólnie, bo nie chcę zdradzać. Koniec jest bardzo zaskakujący. Dziwny, ale zaskakujący. I jest jeden (może 2) bonusy: Helena Bonham Carter. I Brad Pitt. No ale Helena Bonham Carter!!!

Miejsca

1. Charlotte - tak, dobrze widzicie. Idealne miejsce dla gimbów i wcale-nie-gimb-ja. Czasem trzeba się przełamać. A tak serio, to jestem pozytywnie zaskoczona tym miejscem. Miła, dość specyficzna atmosfera, i jedzenie też oczywiście dobre. Minusem jest duża ilość osób (zwłaszcza w ferie!) oraz ta popularność (mnie zawsze odrzuca), ale warto wbić chociaż raz i samemu się przekonać, jak tam jest. Ceny? Ceny są chyba standardowe jak na krakowską kawiarnię czy coś w tym stylu w centrum. Nie najgorsze. I oprócz tego znanego już chyba wszystkim kosza z pieczywem + najlepsza biała czekolada, ew. konfitura malinowa, to zdecydowanie polecam cytrynową tartę. Przepyszna. 



To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że coś Was zainspirowało lub zaciekawiło.

Tymczasem miłego poniedziałku i reszty tygodnia! Do napisania! <3

20.02.2015

W sumie to nic sensownego

  No tak, mam ferie, czyli - logicznie rozumując - powinnam zrobić jakiś supermegagenialny post, nad którym siedziałabym 24h, ale w końcu wyszłoby z tego coś porządnego. A ja co? Dodam trochę zdjęć z tumblr'a i jeszcze się zareklamuję, żebyście wchodzili. No jasne.


   Żartuję. To będzie supermegagenialny post i te zdjęcia też takie będą. Mimo tego, że serio z tumblr'a. To nie dlatego, że mi się nie chciało czy coś - w planach mam post o kolejnych odkryciach (jeeeej), ale luty się jeszcze nie skończył i nie chciałabym go pisać przedwcześnie. A jako że w niedzielę wyjeżdżam na zimowisko, to nie będzie już czasu ani możliwości na pisanie czegokolwiek. Oczywiście, nie chcę też zaniedbywać bloga, więc to stąd dzisiaj taki szmatławy wpis - macie rację, blogowanie mi idzie beznadziejnie. I do tego potrafię się rozpisać o niczym. To jest to, human sto pro ( i ten rym do tego).
  No dobra, nie pogrążam się już bardziej. Zostawiam Was ze zdjęciami ( i linkiem do mojego tumblr'a, a co) i z obietnicą, że kolejny post naprawdę będzie lepszy. Dużo lepszy. Może nawet dobry. 



 Trzymajcie się ciepło!